Miałam dziś opublikować zupełnie inny post.

Co prawda, pisząc w ten sposób, mogę dawać do zrozumienia, że ja WIEM, jaki będzie TEN post… a więc powiem od razu – nie, nie mam pojęcia.
Na pewno będzie jednak zupełnie inny od tego, który kończyłam pisać dziś w nocy.

Był już prawie gotowy, kiedy przyszedł do mnie Prawiemąż.

On.

Chyba będzie dziś o nim… jeśli się odważę.
Sprawdźmy.

Zdaje się, że dostaniecie też w pakiecie przegląd moich fryzur, ale jest to z mojej strony odrobinę wymuszony żart. Od dawna żartowaniem radzę sobie z różnymi trudnymi emocjami, a przede wszystkim, ze strachem. Jeśli więc znajdziecie tu dzisiaj sporo kiepskich żartów, możecie być prawie pewni – jestem przerażona.

Odkąd jesteśmy razem, wiedziałam, że nie mogę na blogu zbyt wiele o nim pisać, a już na pewno – zamieszczać żadnych jego zdjęć. Ma dużą potrzebę anonimowości, obawia się, że ktoś bardzo szybko wyśledziłby na podstawie moich opisów, kim on jest, a wtedy… właściwie, trudno powiedzieć, co konkretnie by się wtedy stało, pewne jest jednak to, że by cierpiał.

Bardzo łatwo go zranić.

Nie chcę mu sprawiać bólu, szanuję więc jego prywatność. On natomiast nauczył się w ogóle tu nie wchodzić, nie czytać, nie wiedzieć – bo każda najdrobniejsza wzmianka o jego istnieniu oznacza przecież, że ktoś coś o nim wie. A on tego nie chce.

To dla mnie trudne.
Przede wszystkim dlatego, że przecież nie piszę tu wszystkiego o naszym wspólnym życiu.
A także z tego powodu, że nie piszę tu prawie niczego o naszym wspólnym życiu.

Bo przecież on tego nie chce.

Właściwie, nie mogę mieć do niego o to pretensji; o to, że jestem typem, który bardzo szybko i płynnie zmienia się tak, żeby przypodobać się swojemu partnerowi. Nie, nie przypodobać… żeby się do niego dopasować.
Nie jestem w stanie zmienić swojego charakteru albo może nie aż tak bardzo, ale staram się dopasowywać do jego upodobań fryzurą (coś jest dzisiaj z tym tematem), stylem ubierania, słuchaną muzyką, sposobem spędzania wolnego czasu, kierunkiem rozwoju, pracą zawodową… potrzebą posiadania dzieci…

To nie jego wina. Ani mojego byłego męża. Ani moich rodziców, choć pewnie tu dałoby się czegoś doszukać, tylko po co.
Nie chcę grzebać.
Chodzi o to, że ja wiem: to ja powinnam nad tym pracować, zacząć to zmieniać – bo z pewnością jest to krzywdzące. Dla mnie samej, ale i dla związków, w które wchodzę.

Innego schematu, innej drogi jednak nie znam i tą poszłam także w tej relacji, choć wydawało mi się, że będzie zupełnie inna od każdej wcześniejszej.

I to się, w sumie, akurat zgadza. Jest zupełnie inaczej.

Zawsze jest inaczej.

Nie pisałam zbyt wiele o nas, a dziś, kiedy chciałabym to zrobić, sami chyba widzicie – nie potrafię. Robię jakiś rozwleczony wstęp, piszę o sobie.

Boję się.

Boję się ruszenia tu tematów, przed którymi uciekam także poza blogiem.
Nie chcę zranić mojego partnera, ale chodzi też o coś innego.
O to, że kiedy piszę, WIDZĘ pewne rzeczy wyraźniej. I skasowanie jakichś słów niczego nie zmieni, nie da się już potem udawać, że się nie wie.

Się wie. Może nawet już teraz, jeszcze zanim te słowa się tu pojawią.

Wiem o różnicach między nami. I nie mam na myśli tych w kwestii stylu ubierania (czy fryzur). Muzyki też słuchamy podobnej… Chryste, nie będę was przecież traktować jak dzieci. Wiecie, że nie o to chodzi.
Niestety, właśnie od tego się zaczyna znajomość, nawet, kiedy ma się już trzydziechę na karku. Nie przedstawiasz się nowo poznanemu facetowi, dodając listę swoich potrzeb i wad. A wiek ewentualnie może przyspieszyć decyzję o zamieszkaniu razem, więc właśnie kiedy już razem mieszkacie, przychodzi też czas na te kwestie poważniejsze.

Kończyłam, minionej nocy, wpis o czymś zupełnie innym, kiedy przyszedł do mnie Prawiemąż.

Na moim profilu na Goldenline napisałam, że nie wierzę w limit początków. To lekcja, którą odebrałam od życia, kiedy stawałam na nogi po odejściu mojego męża. Po pierwsze, uświadomiłam sobie, że nie mogę dawać innym ludziom jakiejś ograniczonej liczby szans. To wiązało się z tym, że – po drugie – każdego z nas kształtują nasze historie, o których nikt inny może nawet nie wiedzieć, a które mogły nas naprawdę porządnie poharatać. Lub oblać betonem. Po trzecie wreszcie, powiedziałam sobie – zrozumiałam – że także ja zasługuję na tyle szans, ile tylko będę musiała sobie dawać. Bo mnie także ukształtowały historie, o których być może wiem tylko ja. I bo nie wiem, ile jeszcze „historii” będzie moim udziałem, wiem jednak, że mimo to, muszę i chcę WSTAWAĆ. I mogę mieć lat czterdzieści osiem, mogę mieć i sześćdziesiąt trzy, kiedy okaże się, że znowu buduję swój świat od nowa. I jeśli ten mój świat będzie tego wymagał – to tak właśnie będzie. Niekończąca się re-kreacja.

Nadal jednak muszę się nauczyć sama decydować.

Tak, żeby możliwie jak najczęściej nowy początek wywołany był przeze mnie. Z mojej woli, a nie, szeroko rozumianych, okoliczności. Albo szeroko rozumianych bliskich.

Nie wierzę w gadanie o pełnym wpływie na całe swoje życie; myślę, że to wyrządza sporo krzywdy. Nie mamy wpływu na wszystko wokół nas. I nie o to mi chodzi.
Wiem po prostu, że bardzo często się boję. Sprawiam wrażenie trzymającej mocno lejce, a tak naprawdę, wcisnęłam je w dłonie kogoś innego. I tylko objęłam go mocno w pasie. I czasem narzekam, że za mocno trzęsie. Że za wolno jedziemy. Za szybko.
Że ja bym chciała zupełnie inaczej.

To, że nie wierzę w limit początków, nie znaczy, że kiedykolwiek będę gotowa na kolejny. To, że pomyślałam sobie, że i przed pięćdziesiątką, i jeszcze sporo później nie będzie za późno na zmiany w moim życiu, nie oznacza, niestety, że udało mi się pomyśleć: mogę mieć też prawie trzydzieści pięć lat i jeśli znowu Życie postawi mnie przed koniecznością zmian, ja sobie z nimi poradzę.

Nie wiem, czy sobie poradzę.
Nie wiem, czy tego chcę.

Dziś po prostu ze sobą nie rozmawiamy, nie spaliśmy też w jednym łóżku. To byłoby… nieprawdziwe – po słowach, które padły tej nocy.
Wzięłam tabletkę na sen.

I wiem, że znowu prawie niczego nie napisałam, a jednak czuję się, jakbym popełniła jakiś wielki grzech. Jakbym zrobiła mojemu partnerowi wielką krzywdę, dzieląc się tu przemyśleniami tak mocno z nim związanymi.
Mam wyrzuty sumienia i mam do siebie pretensje – ale wiem, że to opublikuję. Bo zarazem jest to w zgodzie ze mną i z moimi potrzebami.

I tylko nie wiem, czemu muszę jednak znajdywać dla siebie usprawiedliwienie, jakiś Ważny Powód.
To mój, do jasnej cholery, blog.
Mój!
I nie podaję tu jego imienia, zawodu, nie pokazuję jego twarzy, nie piszę o naszych kłótniach, o moim płaczu, nie cytuję jego słów, nie analizuję naszych pretensji, za to ciągle powstrzymuję się przed najdrobniejszym podzieleniem się moimi wątpliwościami, moim strachem, moją niepewnością…

… i moim zakochaniem.
Takim trochę jak kulą w płot.

Bo naprawdę nie zaczynam znajomości od wymiany karteczek z priorytetami. Pod spodem miejsce na podpisy obu stron, on dołącza swój wykaz, porównujemy, od określonej liczby podobieństw związek jakkolwiek rokuje….

Ja zaczęłam od zwykłego zakochania i nadal mi ono doskwiera.

Boję się zmian.
A chyba są nieuniknione.

Wczoraj padło wiele trudnych słów, dziś nie umiem wypowiedzieć żadnego.