Bo zaczynam budować sobie świat jeszcze raz.
Bo nie wierzę w limit początków.
Bo na zbyt długo dałam sobie wkręcić to cholerne a co, jeśli się nie uda.

Ryzyk fizyk, co nie?

Miałam już jedną wersję mojego życia. Miałam męża, meble na kredyt, kota i wakacje w Chorwacji. Plany i poczucie bezpieczeństwa. Kolos na glinianych nogach, który zwyczajnie się wypieprzył.

Wyrwało mi w środku dziurę, wypłukało kolor z oczu – i pomogło zobaczyć, jaką mam w sobie siłę, jaką siły całą górę.

Wysmarkałam nos, ścięłam włosy.
I teraz pora na zajęcie się sobą.

Ze zmienionym nazwiskiem, bez pracy, trochę bez adresu. Bez konkretnych pomysłów.
Zwyczajnie i najtrudniej, bo: jeszcze raz. Zaczynam jeszcze raz i mam mieć po swojemu.
Ja sama dla siebie staję się punktem odniesienia.

Trzeba mi znaleźć pracę, własny kąt, zbudować nowy krąg znajomych, odkryć lub uświadomić sobie nowy ulubiony sposób spędzania wolnego czasu.

A więc: przeprowadzam się.

Na początek – całkiem niedaleko, po prostu do nowej siebie.

Ot, rzut beretem.