Popatrz, i nie udało się nam dzisiaj pójść na tę kawę, choć przecież i tak bym ten list napisała, bo pewnie przy kawie mówilibyśmy sobie tylko to, co zwykle – o tym wszystkim, co teraz, co może jutro i tak dalej.
A ja w któreś przedpołudnie ostatniego października uświadomiłam sobie coś naprawdę ważnego, jesień wtedy była zupełnie oszalała, w radiu te wszystkie piosenki, które skądś się zna albo z czymś kojarzy, w powietrzu wszystkie zapachy z Jakiegoś Października, nigdy nie wiesz, zza którego rogu wyskoczy melancholia i nie ogłuszy wspomnieniem.

I przy tym wszystkim nagle odkryłam, że to wspominanie wcale nie boli, tylko wywołuje uśmiech. Że do niektórych obrazków w głowie mogę nawet głośno się śmiać.

I zaraz potem dotarło do mnie, że, wyobraź sobie, że ja – jestem Ci wdzięczna.

Tak, zaczęłam czuć wdzięczność, zupełnie się tego nie spodziewałam, wracałam do biura służbowym samochodem, Świątecka w Trójce śpiewała coś o liściach, przypomniałam sobie, jak mnie zabrałeś na koncert Czerwonego Tulipana i pomyślałam – fajny miałeś pomysł.

Piszę do ciebie, bo nagle odkryłam, że już nie mogę stwierdzić ze stuprocentową pewnością: zabrałeś mi dziewięć lat. Bo jakoś tak niechcący zaczęłam widzieć, że Ty mi też tych dziewięć lat dałeś.

Dziękuję Ci za nie.

Dziękuję za wszystkie wyjścia w góry, bo to Ty tak naprawdę pomogłeś mi uwierzyć, że mam dość siły, kondycję, że dam radę. Za to, że czekałeś, ilekroć myślałam, że już pass, ilekroć jęczałam i marudziłam – i za to, że czasem właśnie wcale się nie zatrzymywałeś, zmuszając mnie do ruszenia, oczywiście dwadzieścia sfochowanych kroków za Tobą.
Za wschody słońca na Babiej, zwłaszcza ten pierwszy, najbardziej magiczny, za Perć Akademików i krótką noc w schronisku, którego dziś już nie ma.

Za naukę optymizmu. Byłam dość oporna w przyswajaniu niektórych prawd, ale potrafiłeś mnie przekonać do zobaczenia szklanki do połowy pełną. Mówiłeś Może i będzie nas stać na mieszkanie tam tylko przez parę miesięcy, ale zawsze to parę pięknych miesięcy przed nami – i miałeś rację, dziś i mnie zdarza się myśleć podobnie.

Za setki, tysiące zdjęć. Wspólnych, z miejsc, moich. Przez jakiś czas mnie bolały, dziś myślę, że muszę je odgrzebać i wreszcie chcę do nich wracać.

Za Cabré – wiedziałeś prędzej ode mnie, że go pokocham.

Za wszystkie śląskie rymowanki, które nadal w dziwacznych momentach potrafią przyjść mi do głowy. Za przeróbki na gwarę śląską amerykańskich piosenek (albo Rammsteina!) i za przeróbkę na śląską wersję Kołysanki dla okruszka. Nadal wymyślam kolejne linijki!
Za to, że nie śpiewam take my breath away tylko zabierz moją brew, a przy znam ludzi z kamienia zawsze się uśmiecham.

Za zabawy w „kapitana” – nie umiem nigdy wytłumaczyć, na czym polegały, a kiedy rozchichotana próbuję kogoś rozbawić którymś takim „kapitanem”, widzę raczej brak zrozumienia (i, oczywiście, wtedy chichoczę tym bardziej).

Za te Twoje bon moty, które przypominają mi się absolutnie bezwiednie i nie daj Boże wtedy powiedzieć je głośno, bo jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś wiedział, czemu nagle wołam Jadymy! albo pytam sama siebie Jork? Idymy na torg?, albo czemu na walizkę ze sztućcami mówię, że to jest Walizka ze Wszystkim – i czemu mnie to tak bawi.
Jest takich haseł, powiedzeń sporo więcej – widzisz, to tak działa, że nie przypomnę ich sobie na zawołanie, a zarazem wkodowane są tak mocno, że… że pewnie już mi zostaną po Tobie.

Za 30 róż, które mi dałeś miesiąc przed odejściem. Byliśmy pokłóceni, zareagowałam paskudnie, myślę, że to mogło Cię naprawdę zaboleć. Przepraszam. Za te kwiaty, tak piękne – bardzo Ci dziękuję.

Za wszystkie trafione prezenty. Za zostawiane w różnych miejscach domu karteczki z wyznaniami. Za Chorwację starym Audi i za Bałtyk Matizem. Za Bieszczady na piątą rocznicę ślubu, choć nie wiedziałam, nie mogłam wiedzieć, czym dla Ciebie był ten wyjazd.
Za wspólne przebierane imprezy.

Za to, że miałeś frak na ślubie.

Za wspólny płacz, kiedy nam umierał kot i za spontaniczny wyjazd po Kreskę; w grudniu, w śniegu, po małą czarną kotkę z ogłoszenia.

I za wszystkie spontaniczne zakupy, o! Za nieplanowany zakup piekarnika, nieplanowaną podróż po meble do sypialni, które nawet nie wiedzieliśmy, czy się gdzieś zmieszczą, za szybką decyzję o zakupie samochodu i właściwie równie szybką o kupieniu sobie kawałka ziemi.

Za to, że mnie zabierałeś na Wasze występy. Za to, że mnie raz nawet na scenę zabrałeś! Za Twoich znajomych, Twoją ciocię Marysię, co paliła jak smok i dziadka, co pali jeszcze więcej, za kawałki sernika u tego dziadka, które były wielkości dłoni i za jego kawę, w której fusy sięgały do połowy szklanki. Za niedzielne obiady u Twoich rodziców – tak, tak, także za to czuję wdzięczność i czasem, kiedy słońce wpada do mieszkania w ten szczególny sposób, w jaki oświetlało duży stół w pokoju na Orłowcu, ze wzruszeniem wspominam tylko cudem niewylewającą się z talerza zupę.

Za wakacje pod namiotem i za noc pod gołym niebem, za domem moich dziadków – czy Ty w ogóle pamiętasz, o co nam wtedy chodziło?..

Za to, że zwykle nie chodziło o nic.

Za to, że mnie trzymałeś za rękę.

Skończyło nam się to wszystko i nie mogę być Ci wdzięczna za to, że nadal z tego końca wychodzę. Ale nie mogę też powiedzieć, że nam się nie udało.

Udawało nam się przez dziewięć lat, dałeś mi bardzo dużo w tym czasie, bardzo na mnie wpłynąłeś, zmieniłeś mnie, jednocześnie akceptując taką, jaka byłam.

Kochałeś mnie i ja Ciebie kochałam, dziękuję Ci za naszą miłość.