Słuchaj, ja Ciebie od razu przepraszam za to, że Cię tak brzydko nazywam… ale nie mam pomysłu, jak inaczej. Przecież wszyscy tak na Ciebie mówią! Swoją drogą, co to za durny pomysł, nazywać „starym” kogoś, kto ma 365 dni… Moja siostrzenica skończyła w czerwcu 365 dni (taaak, wiem, że wiesz!) – słowo daję, nikomu nie przyszło do głowy, żeby zacząć o niej mówić „stara”.

Mam do Ciebie sporo pretensji. Witałam Cię z wielkimi nadziejami, cieszyłam się, jak głupia, kiedy przychodziłeś i zakładałam, że teraz, to się będzie działo. Że teraz wreszcie będzie dobrze! Że wreszcie będzie inaczej!

A Ty? Co narobiłeś najlepszego?

Tia, jest inaczej. Oj, jest inaczej. Wielkie dzięki. (To jest ironia! Dodaję, bo czasem mam wrażenie, że Ty po prostu nic nie czaiłeś…)

Bez obaw, nie będę się nad Tobą pastwić. Od paru tygodni coraz mocniej do mnie dociera, że jak się od kogoś wymaga Ważnych Odpowiedzi, to najpierw trzeba mieć odwagę zadać Ważne Pytania. I to najlepiej – sobie.
Nie mam więc zamiaru jakoś szczególnie Cię tu dzisiaj zwyzywać, ale jednak wyleję trochę żali. A. bo je mam, b. bo także do siebie. I jeszcze c. żeby nie zapomnieć. Żeby się nie powtórzyło. I żeby teraz już „inaczej” rzeczywiście mogło oznaczać „dobrze”.

Jeśli miałabym Cię określić jakimś jednym przymiotnikiem, powiedziałabym, że byłeś… psychiczny. Tak się wyzywaliśmy na placu z dzieciakami, zdaje się, że to oznaczało bycie dziwacznym, nieobliczalnym, ale też lekko sadystycznym („psychicznym” na przykład zdecydowanie miałam prawo nazwać mojego małego braciszka, kiedy z bramy przed naszym domem wyjął ciężki żelazny skobel, i choć ledwo potrafił go unieść, zaczął z nim gonić nas z siostrą i naszymi koleżankami, a uderzenie którejś tym cholerstwem mogło się naprawdę skończyć w najlepszym wypadku przesunięciem szczęki, utratą oka czy wbiciem płuca w żebro). I tak, właśnie z taką intencją nadaję Ci takie miano, ale też byłeś dla mnie „psychiczny” od mojej psychiki, która mi już kompletnie wysiadła. Jasne, uczciwie przyznaję, to zaczęło wyłazić na światło dzienne już przy ostatnich tchnieniach Twojego poprzednika, ale wtedy dopiero zaczynałam tę pieprzoną kurację lekami, którymi za Twoich czasów musiałam się regularnie faszerować. I nadal nie mogę ich odstawić! No co to ma być, kurczę blade!?

Byłeś rokiem jednej z moich najtrudniejszych decyzji – tej o rzuceniu pracy, choć żadnej innej pracy w zanadrzu nie miałam. Zaryzykowałam. I skazałam się na bycie na utrzymaniu faceta. Ja! Ja, która pracowałam, odkąd skończyłam studia, i zawsze, po prostu zawsze musiałam jakąś pracę mieć albo chociaż mocno, naprawdę mocno wierzyć, że szybko znajdę nową. Mieć oszczędności! Mieć plan B! Mieć PEWNOŚĆ!
A tu – pobite gary. Oszczędności brak, pewności – oj, bardzo brak. No i pracy brak. Jest tylko ten biedny facet, który na mnie zarabia i jakoś, o dziwo, wcale na to nie narzeka. Hm. Coś nowego. Trzeba było się z tym poprzegryzać.

Nie było łatwo, kurde, Stary, nie będę Ci ściemniać – sam zresztą wiesz; nadal nie jest. Wolę nie liczyć, ile rozesłałam CV, choć też oboje wiemy, jak wiele wysyłałam w miejsca, w których ze wszystkich sił nie chciałampracować, więc Bogu dzięki, że i stamtąd nie dzwonili.
A czasem dzwonili. I było fajnie, tylko, że jakoś nadal nic z tego.
No dobra, będzie tu ta puenta, której się spodziewasz: nie żałuję. Co nie znaczy, że to było coś miłego, nie myśl sobie!

Terapia. O niej też zdecydowanie nie można powiedzieć, że jest czymś miłym. A jednak: wreszcie się na nią zdecydowałam, zadzwoniłam, umówiłam się, poszłam, chodzę, beczę, chlipię, gadam, mamroczę, przewracam oczami, pocę się, siedzę sztywna i wyprostowana albo garbię się i kulę. I znowu dzwonię, znowu się umawiam, pakuję walizkę, jadę do moich rodziców, na stare śmieci, które oswajam na nowo; na parę dni, czasem na cały tydzień, co absolutnie nie byłoby możliwe, gdybym już miała tę pracę.
Byłeś rokiem całkiem dobrych efektów, do których rzadko prowadziły proste drogi. Może po prostu rokiem dawania sobie rady?.. Tylko wiesz, dla mnie to nie brzmi aż tak pozytywnie, jak pewnie Ty to sobie interpretujesz. To mi się już dawno nie kojarzy z dzielnością czy samo-dzielnością. To jest ciągle „bo inaczej nie umiem”, wiesz? Tak, wiesz. Bo wiesz, jak często bałam się, że jednak się poddam, jak często byłam od tego o krok.

To może teraz już przejdę do tych milszych spraw, co? Obojgu nam to sprawi większą przyjemność.

Zacznę od podróży. Co prawda, na Cyprze to myśmy się jednak głównie z Prawiemężem ostro kłócili (i też jeszcze długo nie będę chciała znowu skosztować tego all inclusive całego), ale poza tym, to i było gorąco, czyste plaże, wielkie fale, i było moje przełamanie strachu i skok ze skały do morza (wow! wielkie wow!).
Potem wreszcie Anglia, która nawet nie przypuszczałam, że aż tak mi się spodoba.
I nie wiedziałam, że będę się kiedyś samotnie błąkać po Stambule. Samotnie! Po Stambule!
A to było coś.

Z innej beczki: nigdzie sobie tego nie notowałam, ale obejrzałam z Tobą sporo spektakli teatralnych. Z kolejnymi latami (bez urazy) zdecydowanie tego u mnie przybywa i wiadomo, że jest to za sprawą Prawiemęża, ale nie jest to wcale przez to mniej sympatyczne i cenne, a wręcz przeciwnie.
Filmów też było sporo i tak, owszem; ich też nigdzie sobie nie zapisywałam… Nie, nie pamiętam zbyt wielu tytułów. Z takich, których spokojnie mogłabym nadal nie znać, to na pewno „Film o szczurach” z ostatniej OFF Camery, ale przynajmniej mieliśmy z Prawiemężem z czego się potem razem śmiać.

To ja może o tej OFF Camerze.

Bo wiesz, to był naprawdę jeden z nielicznych dla mnie dotychczas momentów, w których byłam z siebie dumna… serio! nie żartuję! Ja wiem, jak takie deklaracje niewiarygodnie brzmią, ale ja nie jestem z takich, które potrafią sobie pogratulować, powiedzieć „Nooo, kobieto, naprawdę kawał dobrej roboty odwaliłaś!”. I po tym festiwalu też nie byłam w skowronkach, ale na pewno byłam z siebie… ekhm, no, byłam z siebie bardziej zadowolona, niż zwykle.
Ciekawe, że właśnie to mi pomogło rzucić tę pracę, nie?..

A wracając do tych moich koślawych „rankingów bez tytułów,” bardzo Ci dziękuję za to, że byłeś rokiem koncertów. To w Twoim sierpniu tańczyłam w strumieniach wody w upałach OFF Festivalu, chłonęłam PJ Harvey, spontanicznie wydarzyła się Austra, a jeszcze bardziej spontanicznie – Asaf Avidan, za którego to już Ci po prostu browca, Stary, wiszę.

No i, kiedy już jesteśmy przy kulturze – książki! Sama nie wiem, w którym momencie, ale chyba wtedy, kiedy zobaczyłam, jak blisko mojego nowego domu jest biblioteka, postanowiłam znowu dużo czytać. I czy Ty wiesz, którą książkę właśnie kończę?
No, strzelaj. I powiem Ci, że nie wiesz.
Albo no dobra, wiesz, ale i tak Ci napiszę: dwudziestą dziewiątą. Kończę czytać dwudziestą dziewiątą książkę! Tak, przyznaję – to też jest moment, w którym jestem z siebie zadowolona!
OK, sorry, z Ciebie trochę też.

A czasem nawet mi się wydaje, że bardziej, niż trochę.

Na przykład, kiedy się rozejrzę wokół siebie – o, chociażby teraz. Na podłodze bladoniebieski dywan w trójkąty. Na tym dywanie okrągły stolik ze szklanym blatem. Dalej – siedem doniczek. Kolejne dwie na półkach. Z drugiej strony… tu jedna, a tam, czekaj… dwanaście. I fotel. I moje głośniki. I jazz z tych głośników. I kafle w gwiazdy.
Mam nowy dom, pierwszy raz mam dom, który jest po prostu mój. Mój i jeszcze jednego człowieka, to znaczy, tego człowieka to nawet bardziej, ale chodzi o to, że – naprawdę jestem u siebie. I sobie sama to „u siebie” z tym drugim człowiekiem urządziłam. I pozwala mi na kwiatki, chociaż nazywa je „dżunglą” i nie brzmi to nadmiernie pieszczotliwie, ale też powiedzmy szczerze, co jakiś czas ja jakiś składnik tej dżungli ukatrupiam przelaniem albo nieprzesadzeniem, albo żebym to ja wiedziała, czym.

Mam dom, który najpierw trzeba było wyremontować i tej ekipie czasem powiedzieć, że mają poprawiać… czasem drugi raz to powiedzieć… trzeci… potem przyjechał ich szef… i jeszcze raz to robili… i potem mieliśmy zapłacić drugi raz za farby, ale się nie zgodziliśmy… potem znalazłam te rysy na parapecie… i mamy taką dziurę nad drzwiami do sypialni…

Przeżyłam ten remont, osiemset czterdziestą przeprowadzkę, zameldowałam się w Krakowie, mam tu swój fotel, kanapę, mam nawet pokój, który jest tylko i wyłącznie sypialnią, a teraz mam i choinkę, która jest gigantyczna.
Pierwszy raz w życiu zorganizowałam wigilię dla rodziny. I to była rodzina Prawiemęża, a ja miałam Prawiezawał, ale i tak wszystko wyszło cudnie i jeszcze w Tłusty Czwartek będziemy chyba jeść te moje pierniki i inne ciastka.

Zarejestrowałam się na Airbnb i zaczęłam wynajmować krótkoterminowo nasze drugie mieszkanie, bo jeszcze na długi termin nikt się nie znalazł. Muszę więc tam czasem pojechać, zawieźć pościel, opowiedzieć o segregowaniu śmieci i że ten klucz do górnego zamka ciężko chodzi, więc mogą spokojnie zamykać tylko na dolny.
Dzisiaj też to wszystko mówiłam – parze z Lwowa, i jeszcze im zostawiłam w kuchni na stole pierniki.

Zarejestrowałam się też na Eataway i jak tylko się jeszcze bardziej odważę, to rzeczywiście zaproszę do siebie obcych ludzi na coś do jedzenia, co sama dla nich ugotuję.
Bo też znowu sporo gotuję właśnie, i wiem już, że to uwielbiam, kupiłam kolejną „Jadłonomię” i okazało się, że jesteśmy z Prawiemężem fanami zupy z kimchi na przykład.

Mam rodzinę, która się o mnie troszczy. Przyjaciół i znajomych, z którymi mogę o północy pisać z łóżka o tym, że czemu mi się takie grube kreski robią w napisach na insta. Albo którym mogę napisać: nie wyłączam telefonu. Jeśli będziesz potrzebować, odezwij się. I potem budzić się o pierwszej w nocy, a potem jeszcze raz o trzeciej. I cieszyć taką bliskością. I współprzeżywać cierpienie…

Ty się natomiast ciesz, że ja Ci tutaj o kondycji mojego związku nie piszę! Sam wiesz, jakie były ciężkie działa wytaczane, mój płacz to już pewnie niektórzy sobie ponagrywali na dzwonek w telefonie, a przynajmniej wielokrotnie dawałam im taką możliwość.

Ja Ci nie będę ściemniać – ja się cieszę, że Ty się kończysz. Byłeś kawałem drania i usprawiedliwia Cię tylko jedno: ja wiem, że ja sobie sama na to wszystko zasłużyłam.
Ja to naprawdę już znowu wiem.

Mam dużo problemów i nie myśl, Stary, że jak tak piszę o sobie, to ja zapomniałam, kto mi w tym wszystkim przez ostatnie dwanaście miechów towarzyszył.
Ja Ciebie tak łatwo nie zapomnę, Ty psycholu, Ty. Zawsze blisko!
A jednak, nie schlebiaj sobie nadmiernie, ale – no cóż: dziękuję. Byłeś jedną długą, przewalenie ciężką, lekcją. Nie mogę Ci obiecać, że wyciągnę z niej właściwe wnioski, a gdybym nawet to zrobiła, Ty i tak się o tym nie dowiesz (och, sorry, to mogło zaboleć!).

Mogę jednak obiecać sobie – i niech to będzie moim postanowieniem na przyjście Twojego młodszego kumpla – że nie zapomnę. Jak bardzo cierpiałam. Jak to jest, kiedy wokół się widzi czerń, którą naprawdę trudno nazwać tylko brakiem światła. Nie zapomnę i nie pozwolę, żeby to się powtórzyło.

A ten smarkacz… ech, a bo to ktoś wie, co z niego będzie? Czy Ty sam wiedziałeś, jaki będziesz?
No właśnie.

Cieszę się, że Cię miałam. Teraz Ciebie już właściwie nie ma, a ja – nadal jestem.