Tag

dystans

Sto lat życzliwości.

Uparcie włażący w moje życie zabłoconymi buciorami, całymi oblepionymi uśmiechniętymi gębami dzieciąt, skandynawskimi wnętrzami pełnymi światła i innym obrzydlistwem, pieprzony, chrzaniony, w mordę jeża, fejsbuk-srejsbuk, mówi mi dzisiaj, że jest Dzień Życzliwości. A skoro tak, to se postanowiłam, bo mogę… Continue Reading →

Rzucam beretem na Insta.

Jestem sobie w sobie, już chyba nie aż tak tak, że za mocno, ale mocno. Bycie w sobie absorbuje mnie wystarczająco, żeby trochę zablokować na pisanie, bo wydaje mi się przez nikogo nie być pożądanym czytanie godzinami o jakichś wewnętrznych… Continue Reading →

blog/2155

Ostatni raz widziałyśmy się dawno, na początku imprezy poprosiła – obiecaj, że opiszesz to na blogu! Impreza jak impreza, jak co roku; dudniąco, ciemno, dywany, żyrandole, rozświetlony neon, wizualizacje, dobre jedzenie, dziwacznie poubierani ludzie. Unsound, no. No więc – ja nie… Continue Reading →

Doprawdy, przydałoby się trochę dystansu.

– No, to premia poszła się j*bać – bardziej stwierdził, niż zapytał, mój szef. A ja zacisnęłam zęby, zabroniłam sobie płakać. Na próbę przedstawienia mojego punktu widzenia, podniósł głos. – Nie tłumacz się, bo ja tego bardzo nie lubię! Nie… Continue Reading →

I znowu do przodu, i znowu z mozołem.

  Tak, wiem doskonale – większość już się domyśliła, a niektórym po prostu sama o tym powiedziałam, ale myślę, że uczciwość wymaga napisania o tym wprost i tutaj. Zatem: przeprowadziłam się. Od tygodnia mieszkam z Mężczyzną. I o mój Boże.

Co sobie robię i że właściwie nieważne, dlaczego.

Patrzyłam na stojącą przede mną kobietę, myśląc: Skubana, ma coś w sobie. Może nie żadna klasyczna uroda, włosy to wyraźnie co najwyżej próbowała ułożyć i jej się nie udało, ale nawet te sterczące na wszystkie strony kosmyki dodają jej uroku…. Continue Reading →

Wrzesień – plecień, ja gotuję.

Wydaje mi się, że w kategorii „zlewka ze strony autora”, ten blog jest na absolutnym prowadzeniu. I to chyba już w lidze światowej.

Sklejka.

W mojej pracy mam, powiedzmy, nie jakoś super reprezentacyjne i odpowiedzialne stanowisko. Nawet czasem mi się zdarzy poczuć nie za dobrze z takim byciem przynieśpodajem. Czasem jednak cieszę się, że dzięki temu dotykam każdego z projektów, które realizujemy (Boże, jak… Continue Reading →

Czarne koturny a samodowalanka.

To było chyba tuż przed koncertem Son Luxa. Lub może na przesłodkiej Soni. Albo na Arto Lindsay & Band. A nie, to musiało być w sobotę, bo przecież to już tego dnia miałam bolesne odciski od szpanerskich koturnów, które założyłam w piątek…. Continue Reading →

© 2017 Rzut beretem — Powered by WordPress

Theme by Anders NorenUp ↑