Tag

życie jak w madrycie

Cieszyn #3. Sami zwycięzcy – kategorie zmysłowe.

Uwielbiam festiwale. Nie to, żebym szczególnie często na nich bywała, ale jeśli już mi się któryś przytrafi – jaram się każdorazowo. Być może ten Cieszyn sprawiał mi taką frajdę głównie dzięki temu, że wydarzył mi się po raz pierwszy od… Continue Reading →

Cieszyn #2. Sami zwycięzcy – kategorie sentymentalne.

Kiedy zastanawiałam się, z czego może wynikać wyjątkowa atmosfera cieszyńskiego Kina na Granicy, sprawiająca, że tak bardzo zrelaksowani czują się na nim zarówno widzowie, jak i twórcy filmowi, ktoś uświadomił mi rzecz oczywistą: w Cieszynie nie ma konkursu. Festiwal ten… Continue Reading →

Cieszyn #1. Story of my life.

Czy śledzicie mój profil na Instagramie? Mam na myśli profil „oficjalny” – tego bloga. Owszem; mogliście przeoczyć, ale coś takiego istnieje. I do śledzenia mnie tam gorąco zachęcam. Żyje sobie bowiem tamto konto własnym życiem, sprawia przez większość czasu wrażenie… Continue Reading →

Zielone dziadostwo.

Staliśmy w kolejce po lody, kiedy zauważyłam na końcu Alei niebieski namiot. Potem zaczęłam wychwytywać w tłumie osoby niosące doniczki. Powiązałam fakty… Mamo, tam rozdają skrzydłokwiaty, idziemy? Już z lodami w rękach, stanęłyśmy w kolejnej kolejce. Ta jednak posuwała się… Continue Reading →

Sznurkiem i ściereczką.

Klęczę na podłodze i trzeci wieczór z rzędu próbuję ułożyć ramki tak, jak mają potem wisieć na ścianie. Obszar, w którym mam się zmieścić, wyznaczyłam białym sznurkiem. Patrzę na ten sznurek i przypomina mi się moja ostatnia rozmowa o pracę.

O, radości! O, wdzięczności!

– Mama coś dla ciebie ma… Widzę, jak Lili natychmiast otwierają się szerzej oczy. Kiwa potakująco głową, bez słowa. Zaplata małe rączki, skupiona, z błyszczącymi oczami.

Mój dół jest mój – a nie ja jego.

Jak weszliście w Nowy Rok? Z energią, wiarą w „lepsze jutro”, z szerokim uśmiechem na twarzy? Mówiliście sobie, że to pierwsza z 365 nowych stron? Spotkaliście się z rodziną, tuliliście do ukochanej osoby? Albo gwałtownie uzupełnialiście płyny w organizmie, wspominając… Continue Reading →

Sto lat życzliwości.

Uparcie włażący w moje życie zabłoconymi buciorami, całymi oblepionymi uśmiechniętymi gębami dzieciąt, skandynawskimi wnętrzami pełnymi światła i innym obrzydlistwem, pieprzony, chrzaniony, w mordę jeża, fejsbuk-srejsbuk, mówi mi dzisiaj, że jest Dzień Życzliwości. A skoro tak, to se postanowiłam, bo mogę… Continue Reading →

Rzucam beretem na Insta.

Jestem sobie w sobie, już chyba nie aż tak tak, że za mocno, ale mocno. Bycie w sobie absorbuje mnie wystarczająco, żeby trochę zablokować na pisanie, bo wydaje mi się przez nikogo nie być pożądanym czytanie godzinami o jakichś wewnętrznych… Continue Reading →

© 2018 Rzut beretem — Powered by WordPress

Theme by Anders NorenUp ↑